Wychodzenie ze strefy komfortu to mit!
- Olga Mac
- 7 dni temu
- 3 minut(y) czytania
W ostatnich latach stres bywa przedstawiany jak coś, co należy „przekraczać”, „hartować” albo „oswajać poprzez wychodzenie ze strefy komfortu”. W narracjach rozwojowych często słyszymy, że jeśli jest trudno, to znaczy, że idziemy do przodu. Jeśli czujemy napięcie – to dowód wzrostu. A jeśli jest nam za bardzo niewygodnie, to pewnie właśnie tam dzieje się „prawdziwy rozwój”.
Psychologia pokazuje jednak coś znacznie mniej spektakularnego, ale dużo bardziej prawdziwego: stres ma swoje optimum, a rozwój nie zachodzi ani w całkowitym komforcie, ani w stanie przeciążenia.

Stres jako regulator, nie wróg
Z punktu widzenia neurobiologii stres nie jest zjawiskiem jednoznacznie negatywnym. Umiarkowany poziom pobudzenia pomaga się skupić, mobilizuje uwagę, zwiększa czujność i zaangażowanie. To właśnie ten poziom stresu sprawia, że jesteśmy obecni, skoncentrowani i gotowi do działania.
Problem zaczyna się wtedy, gdy stres przekracza możliwości regulacyjne organizmu. Gdy napięcie jest zbyt wysokie albo trwa zbyt długo, układ nerwowy przestaje wspierać efektywność, a zaczyna działać w trybie przetrwania. W takim stanie:
spada zdolność logicznego myślenia,
pogarsza się pamięć robocza,
zawęża się perspektywa,
rośnie impulsywność lub wycofanie.
Ciało i psychika nie są wtedy nastawione na rozwój, lecz na ochronę przed przeciążeniem.
Wychodzenie ze strefy komfortu – co to naprawdę znaczy?
Strefa komfortu bywa mylnie utożsamiana z lenistwem, stagnacją albo unikaniem wyzwań. Tymczasem w ujęciu psychologicznym to po prostu obszar, w którym czujemy się wystarczająco bezpiecznie, by mieć dostęp do swoich zasobów.
Wyjście poza nią rzeczywiście wiąże się ze stresem. Nowa rola, trudna rozmowa, zmiana środowiska – wszystko to uruchamia napięcie. Ale kluczowe pytanie brzmi nie czy jest stres, tylko jakiego jest rodzaju i w jakiej ilości.
Rozwój najczęściej dzieje się w strefie, którą można nazwać strefą uczenia się – tam, gdzie jest:
lekki niepokój,
poczucie wyzwania,
chwilowa niepewność, ale jednocześnie zachowane poczucie wpływu i sensu.
To przestrzeń, w której coś jest nowe, ale nie przytłaczające. W której można popełniać błędy bez lęku przed utratą wartości czy bezpieczeństwa.
Dlaczego duży dyskomfort nie sprzyja postępowi
Wbrew popularnym hasłom, duży dyskomfort rzadko prowadzi do trwałego rozwoju. Zbyt wysoki poziom stresu powoduje, że organizm koncentruje się na przetrwaniu, a nie na integracji doświadczeń. Uczymy się wtedy głównie tego, jak unikać bólu – nie tego, jak działać skuteczniej.
Osoby, które długo funkcjonują w stanie silnego napięcia, często:
działają coraz bardziej mechanicznie,
tracą poczucie sensu,
szybciej się wypalają,
mają trudność z podejmowaniem decyzji.
Z zewnątrz mogą wyglądać na „ambitne” i „wytrzymałe”, ale wewnętrznie koszt tego funkcjonowania jest bardzo wysoki. Rozwój, który odbywa się kosztem zdrowia psychicznego, relacji i kontaktu z sobą, zwykle jest krótkotrwały. Ciało i psychika wcześniej czy później wystawiają rachunek.
Efektywność potrzebuje bezpieczeństwa
Efektywność – zarówno poznawcza, jak i emocjonalna – wymaga minimum poczucia bezpieczeństwa. Nie oznacza to braku wyzwań, lecz przekonanie, że poradzę sobie z tym, co mnie spotyka, nawet jeśli będzie trudno.
To właśnie dlatego zespoły, które mają przestrzeń na błędy, rozmowę i regulowanie napięcia, działają skuteczniej niż te, które opierają się na presji i ciągłym przekraczaniu granic. I dokładnie to samo dotyczy jednostki.
Postęp rzadko przychodzi w momentach maksymalnego napięcia. Częściej pojawia się wtedy, gdy po trudnym doświadczeniu mamy przestrzeń, by je zrozumieć, zintegrować i wyciągnąć wnioski.
Może nie więcej stresu, tylko więcej uważności
Być może więc pytanie nie brzmi: jak mocno mogę wyjść ze strefy komfortu, ale raczej: jak rozpoznać moment, w którym stres przestaje mnie rozwijać, a zaczyna mnie usztywniać.
Rozwój nie musi boleć, żeby był prawdziwy. Czasem wystarczy lekki dyskomfort, odrobina niepewności i dużo uważności na to, co dzieje się w nas po drodze. To tam, a nie w skrajnym napięciu – najczęściej rodzi się realna zmiana.